„1725m n.p.m – to jest wysokość Babiej Góry, z jej szczytu widać wszystkie pasma, które ją otaczają. Jest ona najwyższa w Beskidach Zachodnich. Chcesz wiedzieć, co Babia Góra, miłość do gór ma wspólnego z teatrem tańca
i człowiekiem współczesnym?”
Wbiegłam do teatru, gdyż na zewnątrz padał deszcz no i z rozpędu wpadłam do środka, uciekając przed nim. Teatr był niesamowicie zatłoczony. Dało mi to do myślenia „oj chyba będzie się działo”. By odebrać wejściówkę, musiałam stać w sporej kolejce. Nie chodzi mi
o to, że Teatr Rozbark nie bywa zatłoczony. Oczywiście, że bywa i to bardzo często, lecz sprawę biletu zawsze załatwiałam wcześniej. A akurat dzisiaj, kiedy mam pisać dla Was recenzję zostawiłam tę sprawę na ostatni moment. Trochę wybiłam się tym z rytmu. Cały dzień myślałam o dzisiejszym wieczorze, bardzo ciekawił mnie ten spektakl, jak widać po tłumnie przybyłych widzach ta ciekawość i chęć obejrzenia tego spektaklu nie dotyczyła tylko mojej osoby.
Projekt pt. „1725m n.p.m.” jest autorskim konceptem Joanny Chułek (aktorka, tancerka
i performerka, stypendystka Marszałka Województwa Śląskiego w dziedzinie kultury) pomysłodawczyni i twórczyni spektaklu. Jak mawia :” (…) ten spektakl powstał z miłości do gór (…)”. W realizacji tego projektu pomogli jej studenci krakowskiej PWST Wydziału Teatru Tańca w Bytomiu. Hmm … ciekawa jestem czy bytomskim studentom z Joanną na czele uda się dzisiaj pokazać na scenie górski świat. Sama jestem pasjonatem gór, tym moja ciekawość jest większa. Folklor góralski, muzyka na żywo, taniec współczesny, góry… no
i moja dla Was pierwsza recenzja … mocno pobudzały moją wyobraźnię.
Wchodząc na salę, szukając swojego miejsca, w międzyczasie spoglądałam na scenę. Musiałam mocno mrużyć oczy, światło bardzo raziło. Usiadłam, uspokoiłam się
i podekscytowanie wróciło. Nagle patrzę, a na scenie ledwo widoczna postać w białej sukience. Po chwili wpatrywania się w nią pokonując rażące światło, spoglądam w bok. Pojawiła się obok mnie para górali, trzymających się za ręce. Wyglądają na szczęśliwych, zadowolonych. Nagle na scenę pewnym dynamicznym krokiem wchodzi pięciu mężczyzn. Jak się okazało byli to muzycy, bez których dzisiejszy spektakl nie miałby racji bytu. Zespół VOŁOSI składający się z kontrabasu, wiolonczeli, altówki i dwoje skrzypiec, zaczynają się stroić. Para wolno wchodzi na scenę i zmierza ku jej końcowi, następnie przyspiesza, by znowu zwolnić. Dziewczyna, która znajdowała się już na scenie zaczyna powoli się poruszać
w przestrzeni, przecinać swoim ruchem powietrze, które było zagęszczone ciekawością, spokojem i tajemnicą, a także oddechem przepełnionej widowni. I pojawiają się inne postacie, powolne ruchy ramion chłopaka, para tańcząca również powoli bazując na swoim ciężarze
i zaufaniu. Nagle żywa, szybka muzyka przerywa panujący nastrój, co wprowadza kolejne inne emocje na scenę. Cały spektakl był taką przeplatanką emocji: smutku, radości, ciekawości, oczywistości, zazdrości, zgubienia, miłości, samotności, bólu, tęsknoty, niezdecydowania, codzienności itp.
Jest kilka scen, które bardzo mocno mi zapadły w pamięć. Na przykład moment, gdy dziewczyny śpiewały pieśń góralską, a jedna z nich szła po drabinie zawieszonej około półtora metra nad ziemią, trzymając się drugiej nad głową. Przeszła ona z jednej strony sceny na drugą. Od razu wskakiwało skojarzenie góry, łańcuch na szlakach, coś co pomaga nam przejść z jednej przestrzeni w drugą, przejść z jednego szczytu na drugi, a pod nią przepaść? A może przejście ze strony zła na stronę dobra lub odwrotnie? Kolejną niesamowitą sceną był męski taniec, który był bardzo mocno wyczerpujący, siłowy i wymagał ogromnej koordynacji i wyczucia siebie. Chłopcy ustawieni w podporze przodem w szeregu, w poprzek sceny.
I nagle zaczęli latać w powietrzu, drudzy przetaczali się pod nimi. Wyskakiwali w górę jak ryby ze strumienia. I myślałam, że niesamowitość tej sceny już się kończy…, a tu dziewczyny do nich dołączyły. Scena nie do ogarnięcia wzrokiem, kto, kiedy, gdzie i jak. Nie możliwe!!! Oglądało się to cudownie. Kolejną sceną, o której muszę wspomnieć to scena dziewczyn
z tarkami. Były to metalowe tarki, na których dawien dawno, kobiety prały. Niesamowita hipnotyczna scena. Dziewczyny delikatnie przesuwały dłonie, czasem pięści po tarkach
w zależności od emocji, które przedstawiały. Scena była na tyle realna, że oczami wyobraźni można było zobaczyć te piorące kobiety, które rozmawiają z sobą, plotkują, są zazdrosne, obrażone, smutne, zakochane, zadowolone, zapracowane… Ta scena była bombą emocjonalną tego spektaklu. Podczas tej sceny pojawiła mi się jedna myśl – czy dziewczyn to nie boli? Po spektaklu sprawdziłam to, przesuwając dłoń po tarce przez dziesięć, piętnaście sekund – to nie boli, ale przesuwając dłońmi przez dziesięć czy piętnaście minut?– kolejna chwila mojego podziwu dla dziewczyn.
Połączenie współczesności z tradycjonalizmem góralskim było ciekawie rozwiązane. Już sama muzyka była łącznikiem. W teatrze tańca rzadko muzyka jest grana na żywo, w tradycji góralskiej taniec bez muzyki granej na żywo nie istnieje. Kierpce to kolejny łącznik tych światów. Od samego początku nurtowało mnie pytanie, dlaczego jedna z dziewczyn jest na boso, a pozostali tancerze mają na stopach kierpce? I dlaczego para kierpców jest zawieszona na drabinie? Joanna Chułek poprzez te elementy chciała pokazać, że obydwa światy są dla niej ważne i w taki między innymi sposób chce je połączyć. Generalnie na scenie dużo się działo: był kwintet smyczkowy, były dwie drabiny z lin i do tego sześciu tancerzy, trzy tarki do prania oraz światło, które uzupełniało w idealny sposób ten hybrydowy świat.
Taniec na scenie był melanżem tańca współczesnego i tańców góralskich. Świetnie połączone elementy tańca współczesnego, partnerowania, pracy z ciężarem ciała i między tym elementy Hajduka, Polki, Obyrtki, tańce w kole, w parze, hołubce,. W pewnym momencie nie wiadomo było, które elementy są góralskie, a które współczesne. Taniec stał się jednym. Cały spektakl stał się taką idealną sinusoidą, przechodzeniem scen energetycznych i radosnych do melancholijnych i bardziej emocjonalnych. Jak w życiu – jest dobrze, a za chwilę pojawiają się problemy. No i jak w górach, raz jesteśmy na szczycie, a za chwilę w dolinie.
Myślami do spektaklu „1725m n.p.m.” na pewno będę wracać. Uważam, że to świetny pomysł na spektakl, by przedstawić życie i tradycje górali w zderzeniu ze współczesnością. Dzieło Joanny Chułek i grupy studentów tak naprawdę przedstawia nam jakimi niesamowitymi ludźmi, wytrwałymi, silnymi, odważnymi, emocjonalnymi, żywiołowymi
i odpornymi są górale. I mądrymi przez doświadczenia przekazywane z pokolenia na pokolenie.
Tak – Joanna Chułek stworzyła spektakl „ z miłości do gór”.